|
|
Główna |
Klub|
Terminarz imprez 2009|
Wyniki 2008/2009|
Galeria |
Kontakty
|
Linki |
Artykuły
|
|
Panienka z kukurydzą. |
| |
|
Gdy późna jesień szarością pokrywa nawet kolorowe listki, słońce
króluje na niebie tylko przez chwilkę i to głęboko za chmurami, marzę
o zimie. O mrozie, a tak właściwie to o lodzie i ukrytymi pod nim
kapitalnymi rybami. Czas jednak płynie, niebezpiecznie szybko płynie.
Już w lutym, w pełni podlodowego sezonu, coraz częściej spoglądam w
niebo, w nadziei na znak, że... wiosna, wiosna ach to ty... Największe
nawet zwały śniegu pod wpływem marcowego słońca topią się jak
tłuszczyk na patelni przed posadzeniem jajeczka. Gruby na pół metra
lód najpierw ciemnieje, potem pokrywa się siateczką pęknięć, aby tak
po prostu zamienić się w następną, tym razem wodną tajemnicę,
skrywającą nieodgadnione wędkarskie zagadki (hihihi, ach ta
wyobraźnia!). |
| |
|
O tak, wiosna. To bezsprzecznie najcudniejsza pora roku. To nasza
wielka przewaga nad ciepłymi krajami. Przecież w Afryce wiosny nie ma!
A my ją mamy.
Kwiecista panienka. Świergocąca ptaszkowymi piosenkami panienka.
Czasem mglista panienka, ale zawsze panienka nadziei. A któż nie lubi
panienek? Mój przyjaciel tak nazywa pewne późno jesienne grzyby, ja
tak nazywam wiosnę. Ha, właściwie tak ją nazywam od dzisiaj. Prawda,
że pięknie? |
 |
| |
|
Panienka więc daje znaki. Słońce nie pozwala nie myśleć o sobie. Krety
zaczynają rajcowanie. Oho, dżdżownice już szaleją. A w sklepach
wędkarskich kolorowy, robaczkowy zawrót głowy. Co tam, jadę nad
rzeczkę! Decyzja podjęta. Wprawdzie ambitne plany zakładały całkowite
wymiany zestawów, ale skończyło się na nowych przyponach. Szkoda
czasu, przecież panienka czeka, rzeka czeka. Trudno nakopać
odpowiednich robaczków, więc słoiczek z własnoręcznie wydobytą i
odebraną kretom przynętą uzupełniają pudełeczka z drobniutką
dendrobeną, no i białe i kolorowe pineczki, skrywane dotąd na dnie
lodówki. Zamykając lodówkę zauważyłem otwartą puszkę z kukurydzą.
Córcia robiła przepyszną sałatkę, trochę zostało kukurydzy, zabiorę.
Sałatkę zjadłem na śniadanie. No, nie całą, hihihi. Rzeczywiście
pyszna.
Spakowałem wszystko wyjątkowo szybko. Taka pierwsza wyprawa zawsze
jest narażona na braki sprzętowe, spowodowane roztrzepaniem,
zaaferowaniem i wielkim wędkarskim podnieceniem. |
| |
|
Zabrałem chyba wszystko, może nawet zbyt wiele. Z pewnością zbyt
wiele. E tam, auto duże, a jadę sam. Droga nad rzekę to raptem 25 km.
Trwa chwilkę. Serducho wali. Już widzę rzeczkę. Panienka zaprasza. No,
trochę tego na plecach i w rękach się nazbierało. Kosz, wędki, siatka,
podpórki, wiaderka, zanęty, płaszcz, bo panienka lubi zapłakać
niespodziewanym deszczem, szmatka , nawet proca (jeny, po co?). Długie
buty gumowe nie ułatwiają spaceru na łowisko. Kilkaset metrów dzielące
mnie od rzeki pokonuję jednak w trzech susach, no może pięciu... Woda
piękna, śliczna, taka sama od lat. |
|

|
|
I ta budząca się do życia wiosna! Każdą swoją komórką wchłaniam
powiew wiatru, szum wody, ćwierkanie wróbelków. Głęboki oddech i
paczka zanęty ląduje w wiaderku. Za chwilkę firmowa mieszanka już
wchłania rzeczną wodę, a ja rozwijam wędki. Znam ten odcinek rzeki
doskonale, więc grunt ustalam bezbłędnie. Przepuszczam jednak zestaw
z gruntomierzem kilka razy, aby sprawdzić, czy rzeczka nie zrobiła mi
jakiegoś psikusa i w jej nurcie nie ustawiła się jakaś przeszkoda.
Przecież minął prawie rok od mojej ostatniej tutaj wizyty. Nic
niepokojącego jednak nie było. Zanęta daje się już uformować. Prąd nie
jest silny, więc kule niezbyt duże, jednak oczywiście dociążone. Przy
lekkim łuku jest małe zagłębienie, tam będę łowił, to znaczy będę
próbował. Zanęta w wodzie, za nią ląduje 3 gramowy zestaw. Na haczyku
dwie czerwone pinki. Spławiczek śmiesznie podskakuje na zmarszczonej
wodzie, ale tylko przez chwilkę. Bardzo króciutką chwilkę.
Utonął. Zacinam. Płotka, a raczej płoteczka. Ładna, tylko mała. Buzi i
do rzeki. Za chwilkę kolejna i kolejnych kilka.
Trzy nadawały się do zabrania, więc lądują w siatce. Pięknie biorą.
Jak zwykle. Po godzinie donęcam. Trafiają się płotki 20 cm i tylko
takie zabieram. Żal mi tych, które niepotrzebnie ranię haczykiem.
Zwiększam grunt. Przynęta wlecze się po dnie, a gdy przytrzymam
zestaw, pilotuję tor żeglowny spławika. Płotki chyba są większe, ale
kilka przyponów już oddałem rzece. Zakładam czerwonego wijącego
gnojaczka. Natychmiastowe branie, ale z zacięciem kłopot. Jednak małe
płotki skubią robaczka. Robię przerwę. Łyk herbaty. Słyszę niesamowity
głos bąka, malutkiego ptaszka potrafiącego przekrzyczeć lokomotywę.
Jest pięknie. Zaglądam do kosza. Oj, zapomniałem o otwartej puszcze z
kukurydzą. Ziarenka w sosie własnym turlają się luźno. Posprzątałem
wszystko dokładnie. Ziarenka ponownie znajdują się w puszcze, ale
puszka już w wiaderku z zanętą. Jedna kukurydzka na haczyk.
Przepuszczam zestaw. Nic. Ponownie przepuszczam i ponownie nic.
Eeee, na kukurydzę nie biorą, pomyślałem.
 |
| |
|
Spławik schował się, odruchowo zacinam. O, ryba, niezła, ale po chwili
spada z haka. Wybieram kolejne ziarenko.
Branie i sytuacja się powtarza. Po czwartym nieudanym holu
postanowiłem zmienić haczyk. Mustadowski cristal zastępuję innym
mustadem. Ten jest zdecydowanie większy, a co najważniejsze, ma
szeroki łuk kolankowy, pozwalający precyzyjnie założyć kukurydzę i to
wcale nie najmniejszą. Robię to, jednocześnie garstkę żółtych kuleczek
wrzucając kilka metrów powyżej zanęconego dołeczka. Branie
natychmiastowe. Przeciwnik jest zaskoczeniem. Krąp. Gruby, wypasiony.
Delikatny bacik tuberttini pięknie amortyzował ucieczki ryby. Oczka mi
się zaświeciły jak małej wiewiórce. I słusznie. Kolejne kukurydze i
kolejne piękne płotki, przeplatane spasionymi krąpiami lądują w mojej
siatce. Co to znaczy przynęta. Łowię już tylko na kukurydzę. Małe
płotki praktycznie się nie zdarzają. Największe mają po 25-27 cm.
Fantastycznie. Upadają teorie, że ustawione w ujściu rzeki siatki
całkowicie uniemożliwiają migrację większych rybek.
Takie w rzece jednak są, tylko trzeba je umiejętnie wyłuskać. To, że
sieci rybackie wiosną krzyżują się w ujściach rzek, to żadna nowina i
żadne zdziwienie. Przecież oni zarabiają na życie i robią to co my,
czyli łowią ryby, tam gdzie te ryby są. We wszystkim potrzebny jest
jednak umiar. Właściciel mojej rzeki ten umiar na szczęście ma,
dlatego z pewnością jak tylko panienka mrugnie do mnie wiosennym
oczkiem, polecę jak na skrzydłach. I haczyki większe z pewnością będą,
puszka kukurydzy również. Bo panienka i kukurydza to piękna para. |
| |
| jah |
|