Lekkie zacięcie i wędka dziwnie się wygina. Coś dużego trzyma przy dnie. Stoi
w miejscu. Oj, będzie waga. Przypon 0,10. Spokojnie - powtarzam w myślach…
Kurcze, nie!!!
Zaczep. Nie chce się poddać, zbyt mocne podciągniecie i pstryk. Jasna bita.
Przypon wraz ze spławikiem zostaje w wodzie. Krew mnie zalała. Spławik pogrążył
się w wodzie.
Szybko trzeba zmienić cały komplecik. Wybieram drugi zestaw. Szukam okularów.
Ups. Zostały w samochodzie. Opornie to idzie, straciłem jakieś 15 minut. Już
teraz wiem, dlaczego inni mieli więcej takich samych wędek, rozłożonych obok
siebie.
Nowy zestaw trafia do wody.
Rozglądam się w prawo, widzę w oddali jakąś krypę. Spokojnie płynie na silniczku
spalinowym wzdłuż drugiego brzegu. No tak, długi weekend, więc „stonka” zleciała
się na Mazury i w wyczarterowanych łodziach żeglują po „Wielkich Jeziorach”, a
kanał jak to kanał, gdzieś trzeba przepłynąć z jednego do drugiego jeziora.
Łajba przepłynęła, zrobiła się mała fala. Buty mokre. No, nie była ona taka
mała. Wiatr dalej dmucha, trochę lżejszy, ale czuję, że usta mam już popękane.
Nic to.
Zarzucam bacik. Małe branie. Ukleja, potem płotki, krąpiki. I cały czas ukleje.
Malutkie, ale cóż, waga będzie niezła. Ręka od zacinania lekko nadwyrężona. W
końcu kijek za 27 zł, a nie za 2700zł.

Następne dwie łajby przepłynęły, tylko w innym kierunku. Zaczyna się robić
ruch na kanale. Stop!!!
Słyszę w oddali. Koniec łowienia. Minęło południe.
Godz. 12.00
Zakończyła się I tura zawodów. Za moment odbędzie się ważenie ryb i losowanie
stanowisk II tury. Wszyscy zostajemy na stanowiskach, sędziowie podchodzą do
nas, ponieważ szybko po zważeniu ryby lądują z powrotem w wodzie. W jakiej
formie nie wiem, ale myślę, że większość pożyje jeszcze długo.
Zbliżają się sędziowie. Waga wytarowana, zbiornik na ryby gotowy. Pochylam się
nad siatką, podnoszę do góry. Następna konsternacja. A co ona taka lekka?
Podnoszę wyżej i oniemiałem. W siatce same szerokie krąpiki
i większe płotki.
Drobiazgu nie ma. Ryby na wagę 1,65 kg. Nie za tęgo. Ryby do wody. Przyglądam
się siatce bliżej. Cztery dziurki. Niewielkie, ale wystarczające, żeby wszystkie
ukleje i mniejsze płotki pouciekały.
Nic to - myślę sobie, tak miało być.
Chwila refleksji - dobry zwyczaj nie pożyczaj, a jak już to zrobisz, to sprawdź
stan pożyczonego sprzętu.
Losuję, wyciągam kartkę, stanowisko nr 1. "Dziadek" ze stanowiska pierwszego
uplasował się na I miejscu.
Za nim z niewielką różnicą Arek - prezes koła
Ukleja. Rozmawiam w przerwie kolegami. Było różnie - najgorsze brania były przed
południem, na stanowisku z dużym drzewem - cień
zdecydowanie przeszkadzał w połowach.
Małe podsumowanie: mimo małej wagi nie byłem ostatni. Lżej zrobiło się na duszy.
A z drugiej strony nawet gdybym złowił najmniej, to co? Świat miałby się
zawalić? Ważne, że przyjechałem, spotkałem się z fajnymi ludźmi i spędziłem miło
czas. Właśnie, czas. Nawet się nie spostrzegłem, a tu już prawie godzina 14.00.
Przemieściłem się na stanowisko pierwsze. Łatam nieszczęsną siatkę. Oglądam
dokładnie. Jest w porządku.
Podchodzi "Dziadek" i mówi:
- Teraz to nałowisz. Jesteś na najlepszym łowisku.
- A co to ma do rzeczy? - pytam.
- Widzisz - mówi do mnie - dobry zawodnik, z zawodową zanętą, na którą mnie
akurat nie stać, może założyć tak zwaną zaporę, że rybę na dalsze stanowiska by
nie wpuścił.
I tu małe wyjaśnienie. Pierwsze stanowiska znajdowały się najbliżej jeziora, i
wszelka ryba wchodząca do kanału powinna znaleźć się siłą rzeczy najpierw na
nich.
Teraz wiem, dlaczego moje stanowiska były najlepsze. Niestety nie potrafiłem
tego wykorzystać.
Czas się ciągnie.
O.K - myślę sobie, teraz powinno być lepiej. Robię kule i czekam.
Koledzy na sąsiednich stanowiskach podobnie.

Godz. 14.50
Kule do wody.
Mija następne dziesięć minut. Wolno łowić. No i jak by ktoś film puścił od
początku. Ukleje, krąpie, płotki.
I tak w kółko. Tylko na wodzie zmiana. Cały
czas łódka, za łódką, jacht za jachtem. Normalnie gwar jak na jarmarku. Młodzież
hałaśliwa, z piwkiem w ręku, wszyscy opatuleni w swetry i sztormiaki. No to już
sobie nie połowimy. A na łowisku coraz słabsze brania. Ukleja, krąp, ukleja.
Stanowisko obok. Ohoho. Coś się dzieje. Kolega, ten od pożyczonej siatki, z
czymś się mocuje. Wszyscy z boku są pewni, że to "leszek".
Podbierak
przygotowany. Ale cóż to: od kiedy leszcz jest niebieski? To tylko czapka z
daszkiem jakiegoś załoganta z jachtu. Nie mniej adrenalina podskoczyła,
oczywiście nie u mnie. Śmiesznie było. Wiatr nie ustawał, usta popękane jak
cholera. Zanęta powoli się kończy. Jachtów coraz więcej. Koszmar.
Rybek w siatce przybywa. Obserwuję innych widać, że brania coraz słabsze.
Spoglądam w lewo i nie dowierzam. Na środkowych stanowiskach przycumowały dwie
łajby. Zwariowali czy co? Przyglądam się i co widzę... Czterech kolesi, po dwóch
z każdej łajby ciągną pod prąd "na burłaka" jachty żaglowe. Zamieszanie na
stanowiskach, szczególnie na tych z większą ilością droższego sprzętu. Koledzy
wkurzeni. "Burłacy" podchodzą do mego stanowiska. Sprzęt pozabierany.
Pytam - Co się stało?
- Silniki się zatarły czy "cóś" - odpowiada blondyna - i to w dwóch naraz.
Akurat - myślę sobie - bujać to my, a nie nas. Wiem, na 100%, że źle obliczyli i
zabrakło paliwa.
Tylko, kto się do tego przyzna.
Zacumowali zaraz za moim stanowiskiem... Nie trwało to zbyt długo. Inni żeglarze
pomogli. Przymocowali cumy do swoich knag i na holu odpłynęli dalej. Co za
dzień.
Zbliża się godzina 18.00. Zaraz usłyszę: "Koniec zawodów!!! Wędki w górę".
I tak się stało.
Wszyscy odkładają wędki, robi się mały ruch.

Godz. 18 z minutami
Zwijam szybko sprzęt, wyciągam siatę z wody. No, jest trochę więcej. Waga
wykazuje 2,75 kg.
Druga tura wypadła lepiej. W końcu siatka załatana, no i
pierwsze stanowisko.
W międzyczasie rozmawiam z kolegami. Było gorzej, ale w I turze mieli
zdecydowanie więcej ryb niż ja.
Hałas na wodzie i mieszanie wody przez silniki
nie wpłynęło dobrze na częstotliwość brań. Ładuję bambetle do bagażnika. Inni
koledzy już rozpalają grilla. Zapach pieczonych kiełbasek i boczusia roznosi się
po łące.

A że Polak nie je, tylko zagryza, wyciągam z bagażnika rozrobiony z sokiem
jabłkowym spirytusik.
W końcu wpisowe musi być. Nie było tego za dużo, ale kto
nie prowadził, ten chętnie skosztował na rozgrzewkę.
Zakończenie zawodów, wręczenie pucharów, dyplomów i znaczków okolicznościowych.

Wszyscy w dobrych humorach wracają do domu.
Godz. 21.30
Jestem w domu, siedzę w wannie- woda ciepła. Relaksuję się i analizuje swoje
błędy, wyciągam wnioski na przyszłość i staram się to wszystko zebrać do kupy.
Na pewno zderzyłem się dzisiaj z czymś nowym, wszystkie wskazówki i porady są
ważne, ale muszą być poparte praktyką w terenie.
Przypomniał mi się tekst Adalina:
„(…) A poza tym... piszcie sobie co
chcecie o wyczynowym wędkarstwie, ale nigdzie w tak szybkim czasie i tak wiele
nie nauczyłem się właśnie jak na zawodach. W bezpośredniej konfrontacji, po
rozmowach, zaczyna się zauważać swoje błędy. W gazetach tego nie ma...(…)”.
Trudno się z tym nie zgodzić!
Oczy się lekko zamykają, woda ciepła.
... Zaczep. Nie chce się poddać, zbyt mocne podciągniecie i pstryk. Jasna bita.
Przypon w raz ze spławikiem zostaje w wodzie...
Co jest? Podświadomość podpowiada, że to już było. Jakieś Deja vu.
...porywisty wiatr, jest coraz chłodniej...
Budzę się. To nie wiatr, to tylko zimna woda w wannie.